sobota, 29 lipca 2017

A może by tak setę z cebulą?



Zawsze coś mnie pociągało w zawodzie kelnera. Nie wiem co dokładnie, ale wewnętrznie marzyłam, by kiedyś spróbować swoich sił w tej profesji. W te wakacje właśnie nadarzyła się okazja ku temu, ponieważ rodzice zaproponowali mi pracę w swoim lokalu gastronomicznym. Ucieszyłam się, naprawdę zebrała się we mnie chęć robienia czegoś regularnego i w miarę wymagającego. Ustaliliśmy wstępnie, że będę pracować od poniedziałku do niedzieli. Przez około 3 tygodnie nawet nie odczuwałam potrzeby zrobienia sobie wolnego, ale kiedy zauważyłam że brakuje mi czasu na cokolwiek innego, uznałam jednak, że ten przynajmniej jeden dzień w tygodniu tylko dla siebie jest zbawienny. 


W czasie pracy poukładało mi się w głowie zarówno sporo plusów, jak i minusów. Chciałabym się z wami nimi podzielić, gdyż jak wspomniałam wcześniej, zawód kelnera wydawał mi się kiedyś stosunkowo łatwy i przyjemny - wbrew temu co zasłyszałam od innych. A teraz wiem, że nie chciałabym się raczej tym zajmować na stałe. Nie jest tragicznie, owszem. Często rzeczywiście bardzo sympatycznie i mi się podoba. Lubię pracować z ludźmi. Każdy dzień dostarcza nowych wrażeń i znajomości. Uczę się przydatnych rzeczy na przyszłość. Jednak nie uważam, bym miała wystarczająco dużo predyspozycji niezbędnych do pracy w tym zawodzie.

Bo jaki musi być kelner?

Przede wszystkim sympatyczny, cierpliwy, ogarnięty i twardy.

Może i sympatyczna dla ludzi jestem - przynajmniej staram się jak mogę. Ale z moim ogarnięciem i wytrzymałością psychiczną jest trochę gorzej. Wydawałoby się, że takie uśmiechanie się do każdego nie jest niczym trudnym. No nie jest - jeśli gość restauracji jest dobrze wychowanym, miłym człowiekiem. Należy jednak pamiętać, że nie tylko tacy odwiedzają lokale. Prawie codziennie (a może i codziennie) mam również styczność z klientem jakimś takim znerwicowanym, sfrustrowanym i WREDNYM JAK NIE WIEM CO już od wejścia. Wpadnie w szał o pomyloną złotówkę, za nic nie się uśmiechnie i będzie uparcie na wszystko narzekał, choćbym nie wiem jak się starała.
 - Co mi tu pani daje?!?!?! – zapytał pewien sympatyczny człowiek, gdy wydałam mu drżącymi rękami resztę.
 - Coś źle policzyłam? – wystraszyłam się.
 - Źle mi pani wydała!!! A nie… w sumie dobrze.
 -…. – nalewam sok.
 - Dobrze, że teraz pani nie nawaliła kostek lodu do szklanki, bo ostatnio córka miała problem z pogryzieniem ich i miała chore gardło.

***
 - Pani!
 - Słucham?
 - Twesszczsz. – wyartykułował pewien nie do końca trzeźwy mężczyzna.
 - Słucham?
 - SETĘ Z… TRZSZCZSZSZ.
 - Z czym?
 - Z CEBULĄ!
 - Całą?!
 - Jo, może być.
Dostał ćwiartkę. I faktycznie ją zjadł.


Ja naprawdę się cieszę, że mamy świetną kuchnię, z dbałością o smak i szczegóły, z produktami najlepszej jakości. Spróbowałam wszystkich potraw z karty, więc przynajmniej mam świadomość tego, że to co wydaję jest naprawdę dobre. Myślę sobie jednak czasem, jak bardzo przechlapane musi mieć taki kelner w restauracji, w której kucharz nie jest jakichś wyższych lotów, nie dba o nic i jest powolny w ruchach. Chyba bym dostała załamania nerwowego.
Z natury nie lubię się kłócić i raczej staram się unikać sporów. Robi mi się przykro, kiedy ktoś na mnie krzyczy, ochrzania za coś i ma pretensje. Dlatego za każdym razem kiedy mam styczność z rozwścieczonym klientem, momentalnie czuję jakieś kłucie w sercu i smutek. Innym razem nawet złość. Są takie momenty, że przy kontakcie z kimś, mam ochotę czymś rzucić  i wyjść. Jednak zawsze reaguję w podobny sposób: kiwam głową, uśmiecham się i staram się jak najszybciej wyrzucić z głowy całe zajście – o ile nie zawierało niczego produktywnego w treści.


Dla mnie to takie dosyć stresujące często. Kelner jest wystawiony na front i praktycznie za wszystko musi odpowiadać. Ludzie, zauważyłam, zapominają o tym, że kelner roznosi, przynosi, a nie gotuje. W związku z tym, ma naprawdę niski wpływ na prędkość wydawania (no chyba, że się będzie toczył do klienta godzinę) czy na samo danie. Więc tego nigdy nie mogłam pojąć – po co wrzeszczeć na niego? Momentami trochę zazdroszczę osobom w kuchni, że robią wszystko w swoim tempie i nikt ich nie zabija przy tym wzrokiem.

Co do prędkości wydawania, druga sprawa.
Masa ludzi pragnie otrzymać posiłek z prędkością światła. Uwielbiam osoby, które po dziesięciu minutach przyjdą i będą narzekać: ,,No ja już czekam i czekam na ten obiad. Spieszy mi się”. Serio. To po co przychodzić do restauracji, jak się nie ma czasu? Nie lepiej poszukać lokalu typu fast food lub nawet Biedronki? U nas kuchnia nie bazuje na mrożonkach, więc wiadomo, że trzeba będzie trochę poczekać na swoje danie.
Ile razy byłam w dobrej restauracji, musiałam ileś tam czasu odczekać. Czasem nawet 40 minut mnie nie dziwi, zwłaszcza kiedy widzę, że jest masa innych klientów do obsłużenia.


Przez pierwszy tydzień obsługiwałam jedynie ja i druga kelnerka. Szło mi jakoś w miarę, aż pewnego słonecznego dnia nastąpił taki ruch, że kolejki były do drzwi. Nie miałam pojęcia co robić, w co ręce wsadzić. Kiedy zaczęłam już mylić zamówienia, miałam ochotę stamtąd uciec. To naprawdę nie było dla mnie do ogarnięcia. Przyjąć zamówienia, pamiętać kto co zamówił, zanieść sztućce, dać zamówienie do kuchni, w międzyczasie przyjąć kolejne i posprzątać po poprzednich osobach. Nie daj Boże coś się w międzyczasie popsuło, rozlało, zabrakło drobnych w kasie albo jakiegoś produktu w kuchni. W tym wszystkim ja, kompletnie nieogarnięta i nabijająca na kasie z zawrotną prędkością babci uczącej się obsługi klawiatury komputera. W pewnym momencie zaczęłam już płakać, bo się bałam wyjść do ludzi. 
Ja szczególnie łatwo się stresuję, bo boję się czegoś zawalić, nie mam zaufania do siebie - zwłaszcza w kwestii liczenia pieniędzy. Trzeba szybko ogarniać, mieć wszystko wykute na blachę, nie gubić się. Na dyskotece odczułam to najgorzej. Nic nie było słychać, a większości drinków jeszcze nie znam. 


Uwielbiam szczególnie takie sytuacje:
 - Pani, zrób nam pani drina.
 - Jakiego panowie sobie życzą?
 - Obojętnie. Jakiś.
Nalewam więc wódkę z Colą. Potem wracają.
 - Pani, zrób nam znowu drina. Ale lepszego.
 - Czyli?
 - A zaskoczy nas pani!

Oczywiście, po jakimś czasie się w to wdrożyłam i kiedy znów miałam styczność z takim tłumem, radziłam sobie już lepiej. Przede wszystkim przestałam polegać na swojej pamięci i zaczęłam zapisywać na kartkach jak najwięcej informacji. W ten sposób już nikogo nie mylę. 
Żeby nie było - mnie naprawdę cieszy ta praca. I nie jestem zła o takie niewygodne sytuacje. Traktuję je raczej jako szkołę charakteru. Mój przyszły zawód opiera się na ciągłej pracy z ludźmi, byciu wiecznie ocenianym. To niesamowicie stresogenne, więc im szybciej nauczę się nie przejmować bzdurami, tym lepiej.


Poza tym, najczęściej po kimś antypatycznym, przychodzi ktoś baardzo miły, tak że w mig poprawia mi się humor. Poznałam wielu ludzi i cieszę się z tego powodu. Teraz kiedy idę przez miasto, zdarza mi się dostrzegać znajome twarze po drodze. Nie znam nazwisk. Zamiast tego mam w głowie ich zamówienia - tak mi się lekko mózg zlasował. Kiedy idę spać, przed snem zdarza mi się mieć jakieś lęki, że zapomniałam kogoś obsłużyć czy coś zrobić. A obecne sny dotyczą w głównej mierze schabowych, rukoli i pizzy. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz