niedziela, 4 czerwca 2017

Czy w bursie jest tak źle?


Kiedy komuś wspominałam, że mieszkam bursie, zdarzało się, iż patrzono na mnie z pewnym podziwem… albo z troską. Niekiedy padało z ust moich rozmówców: ,,Dlaczego nie mieszkasz po prostu w domu?” albo: ,,A masz tam co jeść?”, albo:  ,,Nie jesteś może głodna?”, albo: ,,O Boże!”.
Haha, naprawdę, w bursie tak źle nie jest. Wcale nie jest źle. Przynajmniej nie dla mnie. A no i raczej głodna nigdy nie byłam. Zawsze mogłam sobie coś po prostu kupić w sklepie, jeśli mi obiad nie pasował. :)
Bardzo się cieszę, że tu zamieszkałam. Byłam co prawda na początku lekko przestraszona, bo to był taki lekki skok na głęboką wodę. Jednak chyba bardziej podekscytowana. Cieszyłam się na tę zmianę. A potem ani razu nie żałowałam tej decyzji. Niosła za sobą całą masę pozytywów - mogłam kompletnie zmienić otoczenie, pójść do lepszej szkoły, poznać zupełnie innych ludzi, a do tego stać się samodzielniejsza. 



Przebyłam bardzo długą, niekiedy męczącą drogę. Dopiero teraz, patrząc wstecz jestem w stanie sobie to uświadomić. I naprawdę nie chciałabym się cofnąć i od nowa tego przechodzić. Wystarczą mi wspomnienia :) Teraz w końcu jestem szczęśliwa i o wiele bardziej świadoma siebie.



Bardzo mocno lubiłam moje współlokatorki w tym roku. Nadawałyśmy na tych samych falach. Mam chyba z 10 lat dodatkowego życia dzięki wspólnym śmiechom. 





To naprawdę wspaniałe, miałam dar od losu, by móc mieszkać z dobrymi przyjaciółmi w pokoju podczas edukacji szkolnej. Bywały różne dni – czasem dostałam jedynkę, czasem coś mnie zdenerwowało, ale wracałam do pokoju i tam zazwyczaj zapominałam o tych bzdurach i przestawałam się martwić.



W bursie było świetnie. Jednak wiadomo, że wady są zawsze. Będę więc z wami szczera i podzielę się tym, co mi i moim współlokatorkom najbardziej leżało na żołądku.
Zacznę od wspomnienia o ciągłych awariach wszystkiego. Oczywiście awarie mają to do siebie, że występują w najgorszym momencie. Pogodziłyśmy się już z faktem, że od dwóch lat nie ma jednego światła i drzwi w mojej szafie, choć ciągle wpisywałyśmy uparcie na listę usterek. No trudno. Ale kiedy gasło dobre światło w łazience i zostawało jedno, przy lustrze, dostawałyśmy szału. I kompleksów. To światło, które zawsze działało, świetnie uwypuklało wszystkie niedoskonałości. A jak beznadziejnie się przy nim malowało…
Ach, do tego co wieczór słabe wifi i inne problemy z nim związane, które miały swoje apogeum głównie wtedy, kiedy trzeba było coś zrobić do szkoły, np. prezentację.
 

Zawsze działało nam na nerwy sprzątanie na stołówce... Zasuwanie krzeseł, przecieranie wszystkich stołów.... niektórzy jedząc chyba nie używają talerzy. W niektórych przypadkach miałam wrażenie, że z premedytacją wcierają te dżemy w stół.
No to był taki mało wdzięczny obowiązek. Może nie jakiś taki najstraszniejszy, ale ZAWSZE nieodpowiedniego wieczora. Dowiadywałyśmy się, akurat kiedy gdzieś wychodziłyśmy albo kiedy właśnie nie chciało nam się wychodzić nigdzie!

A jak już jestem przy tej stołówce, to wam powiem. Piątkowe ryby i ziemniaki. Ziemniaki… Ziemniaki to skaranie boskie. Razem z Alą nienawidziłam tych okropnych pyr na obiad. Matko, jak my ich nienawidziłyśmy. Do teraz wzdrygam się widząc ziemniaki na talerzu.
Nie mogłyśmy ogólnie przeżyć tego, że niby miała być zdrowa żywność – i przez moment była, lecz po jakimś czasie zupełnie o tym zapomniano. Miał np. zniknąć jasny chleb i być zastąpiony razowym (lub chociaż razowo – podobnym). A jednak jasnego zawsze było o wiele, wiele więcej. Czasem tego razowego nie było już wcale.
Bez sensu dla nas było również dodawanie słodyczy jako drugie śniadanie. Dużo lepszym pomysłem byłyby same owoce/jogurty naturalne, a nawet woda. Po co na siłę wciskać drożdżówki?
A niektóre kucharki były okropnie niesympatyczne. Takie stereotypowe, jak w amerykańskich filmach. Kiedy miały swoje humory, to aż strach było podejść po coś. Ciągle tylko krzyki, krzyki, krzyki.
Chociaż od razu dodam, że ogólnie jedzenie złe nie było. W sumie nawet lubiłam te posiłki. Smaczne były. A kiedy dostawałyśmy kaszę/makaron, czciłyśmy ten dzień. Albo naleśniki! Spaghetti! Zupę owocową! To już w ogóle raj!


I bardzo dobry był pomysł z wprowadzeniem szwedzkiego stołu na śniadanie i kolację. Od wtedy można było się spokojnie najeść do syta. A i jedzenie się nie marnowało.

Oprócz tego ryb i ziemniaków, nie znosiłam wypisywania się. Tłumaczenia dokąd idę i po co. Jak kompletnie nie przeszkadzało mi to w 1 gimnazjum, tak w 2-3 liceum zaczęło mnie to jakoś drażnić. Podobnie jak pobudki i wszelkie obchody wychowawców. W pewnym momencie stało się to już jakąś mantrą. O 6:30: ,,Budzimy się!”, o 7:50: ,,Do szkoły!”,  o 16:30: ,,Uczymy się!”, o 21:00 ,,Myjcie się!”. Tak jakbyśmy miały kiedyś zapomnieć, że mamy szkołę lub że śmierdzimy i trzeba się umyć. Wiem, wiem, pewnie są takie przypadki. Dla nich takie przypominanie działa z pewnością na korzyść. Jednak mnie to już drażniło.

Pisząc o wychowawcach, nie mogę poprzestać na tym. Jeszcze wyjdzie na to, że są tylko i wyłącznie upierdliwi. Nieee, ja ich uwielbiałam. Tak jak Ala i Liza zresztą. Przez te 6 lat stali się dla mnie bardzo bliscy. Nigdy w życiu nie zapomnę niezastąpionych dowcipów Pana Jacka, optymizmu Pana Mariusza, opiekuńczości Pani Rity czy Pani Irenki… Pomocy od Pani Moniki w matematyce. Gdyby nie Pani Monika, to bym się pewnie o wiele bardziej bała o maturę. 
Tę bursę, mój drugi dom, tworzą wspaniali ludzie, których będę zawsze miło wspominać.



Poza tym, te pokoje same w sobie są ładne, estetyczne. Kiedy zdarzyło mi się wrócić po jakiejś podróży i nocy w hostelu, sen w ,,bursowskim" łóżku był równie przyjemny, jak w domowym. I mamy łazienki w pokojach. Pamiętam, że w 1 gimnazjum nie było. To ogromny komfort dla nas.



Wszystko się zmieniło o 180 stopni. Niby tylko 6 lat - a życie mam jak nowe. A ten rok był zdecydowanie najlepszy. Napisałam tu co prawda parę negatywnych uwag, ale one naprawdę mało znaczą. Po prostu nadszedł mój czas na opuszczenie jej murów :) Choć czas w niej spędzony był wspaniałym czasem. Jeśli by brać wszystko do kupy, jestem naprawdę bardzo, bardzo wdzięczna za wszystko co mi bursa ofiarowała, bo wyniosłam z niej wiele bezcennych wartości. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz