niedziela, 16 października 2016

Project K18



Niedawno ukończyłam 18 lat. To jest już drugi wiek w moim życiu, na który wyczekiwałam. Najpierw 16-tka… Kojarzyła mi się z… byciem prawdziwą nastolatką. Nie wiem dlaczego, ale bardzo mnie to pociągało. Być może to efekt filmów o nastolatkach, których się naoglądałam w podstawówce. Kiedy to nadeszło, już tylko czekałam na dorosłość. A teraz na żaden wiek nie czekam. Jedynie na momenty. Chcę zdać maturę, dostać się na studia - a najlepiej to już być po. Rany, czuję, że czas zaczyna zasuwać. Zanim się obejrzę, będę jedną nogą w grobie. Ale przy szczęściu trzyma mnie myśl (jako zwolenniczka idei reinkarnacji), że być może nie jest to moje ostatnie życie i nie ma co się martwić starością!
Moja 18-tka była niezłym melanżem.
Nigdy nie jest jednak idealnie. Przed imprezą, przez tydzień na moje złe samopoczucie psychofizyczne nakładały się kolejne, kolejne, coraz bardziej kreatywne badziewia.
Co prawda w poniedziałek jeszcze czułam się fantastycznie. Kiedy obejrzałam się w lustrze, pomyślałam: ,,Rewelacja! Tylko tak dalej! Cera super, włosy świetne jak nigdy, paznokcie urosły… a HUMOR!!! Nigdy nie było lepszego!”
We wtorek, aby uczcić mój super ekstra humor, postanowiłam sobie zrobić śniadanie.
Przygotowałam sobie tortillę, wypchaną po brzegi warzywami zebranymi na stołówce, oblaną ,,sosem” z pomidorów (wrzuciłam pomidory ze skórką, nasionkami, jedynie wzbogacając o parę przypraw). 


To nie było moje pierwsze spotkanie z nią, ale na pewno ostatnie. Aż mi niedobrze jak wspominam. Ale zjadłam, pozbierałam się do szkoły i położyłam na pół godziny. Złapał mnie ból brzucha i po pół godzinie stwierdziłam, że jednak nie udam się na pierwszą lekcję. No i drugą, a co tam. Ostatecznie zrezygnowałam ze wszystkich, a na wieczór miałam gorączkę. Alicja z Lizą (współlokatorki) baaardzo pomagały i mi na przykład gotowały i robiły herbatki. Dostałam węgiel w formie tabletek.

 - Zjedz pięć – poradziła Liza.
 - Że co?
 - No bo on słaby jest.
 - Ale 5?!
 - Ja jem 10.
 - O Boże, chcesz, żebym umarła?
 - Kariiina, jakbym nie była pewna, to bym Ci nie dawała!
Zjadłam 4. Wieczorem Ala odczytała datę ważności leków, które mi podawała i stwierdziła, że rok się spóźniłyśmy. Poradziłam, by prezenty wrzuciła do mojej trumny, bo moja 18-tka będzie jednak stypą.

W każdym razie, wszystko po kolei się tak nakładało na siebie, że kiedy usiadłam już w piątek u kosmetyczki, zrobiłam sobie podsumowanie. Byłam jak upiór: nadal chora, z połamanymi paznokciami (a jakże), z cerą w najgorszym stanie i z włosami nie do ujarzmienia. Na szczęście tapeta na twarzy pomogła mi odzyskać dobry nastrój i nabrać sił na imprezę. To na mnie działa zawsze i wszędzie!


Na imprezie było świetnie! Odbyła się w Karczmie rodziców i trwała od piątku do niedzieli. Wystąpił Letni Chamski Podryw, Soleo, Next, Coolers, Speed. Szkoda, że większość moich znajomych padało po kolei już od 22:00 i przegapili całą kwintesencję. Ale co tam!  Najsilniejsi trwali bez końca!


Zabawa była przednia. Tak jak mój tort  z gołym plastusiem.

Dostałam świetne prezenty. Bardzo dużo pięknej biżuterii, a od przyjaciółki autografy z imienną dedykacją i życzeniami Agaty Kuleszy oraz skok na bungee – co mi się od dawna marzyło. Były też torebki, portfel, kosmetyki, bony…. I inne!


Muszę przyznać, że podczas pasowania nie wszyscy mieli litość. Z moich znajomych do 00:00 drugiej nocy dotrwała tylko Alicja i Patrycja, więc nawet nie wiem kto mnie bił… Ale tradycji stało się zadość!





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz