wtorek, 21 marca 2017

Lekki powiew studiów.


Ostatnio jakoś nie mam czasu, by cokolwiek tutaj napisać. Ale w końcu się zebrałam. W przeciągu ostatnich 3 tygodni sporo udało mi się zwiedzić, zobaczyć, z czego jestem bardzo zadowolona. Najpierw rodzice mi zrobili cudowny prezent - bilet na występ Krystyny Jandy (!!!). Była ostatnio w Bydgoszczy ze znanym monodramem ,,Shirley Valentine". Niesamowicie się ucieszyłam, bo jest to moja ulubiona aktorka i szczerze mówiąc uwielbiam wszystko co tylko z Nią związane. A możliwość zobaczenia na żywo to po prostu spełnienie marzeń.
Sam spektakl był oczywiście świetny w moim odczuciu. Zabawny, lecz w ogólnej wymowie raczej dość smutny. W każdym razie, gra aktorska jak zawsze u tej Pani na wysokim poziomie, nie mogłam oderwać oczu. Bardzo, bardzo polecam. Podziwiam, że wystawiany od początku lat 90 i nadal przyciąga tłumy widzów.
Oprócz tego byłam tydzień temu w Warszawie na Dniach Otwartych Akademii Teatralnej, a w ten weekend w Łódzkiej Filmówce. Przy okazji zwiedziłam Muzeum Narodowe, byłam na ,,Sztuce Kochania" w kinie i w teatrze na ,,Policji" Mrożka - wszystko naprawdę super, super, super. Bardzo lubię duże miasta  przede wszystkim właśnie za całą masę możliwości spędzania wolnego czasu.
W Warszawie w AT była cała masa ludzi. Z reguły bardzo sympatycznych ludzi :) Dobrze jest porozmawiać z innymi kandydatami i dowiedzieć się jak to wygląda z ich perspektywy. Mimo to, odczułam jakiś brak organizacji, chodziliśmy grupami z jednej sali, do drugiej, wszystko w pośpiechu.


Łódź dała więcej możliwości. Na przykład była okazja do konsultacji z wykładowcami na temat tekstów, które do tej pory sobie wybraliśmy. A do tego parę wykładów grupowych. Cały czas prowadzili nas studenci, rozmawiali z nami i mogliśmy ich wypytać o wszystko. To dobrze, ponieważ studenci są w tej kwestii najbardziej szczerzy i autentyczni. Sporo się od nich dowiedziałam.


Obie szkoły mi się podobają, jednak Warszawa jakoś bardziej zdobyła moje serce. Chociaż na pewno plusem w Łodzi jest kształcenie studentów zarówno do występów w teatrze, jak i w filmie. Widziałam jedną z sal stworzonych na potrzeby kręcenia etiud. I każdy miał możliwość stworzenia własnej, krótkiej. No to było najlepsze! :)


sobota, 25 lutego 2017

Tłusto, ale szczęśliwie!


Ten tydzień był dla mnie wyjątkowo szczęśliwy. Po prostu na każdym kroku działo się coś naprawdę niespodziewanie miłego. Wszyscy są mili, w szkole jest przyjemnie, co chwilę coś się udaje. A kiedy dostałam z matematyki za sprawdzian dwie 4, to już się popłakałam ze szczęścia. Teraz to naprawdę powinnam iść za ciosem i jeszcze w Totolotka zagrać.
Nie spodziewałam się tego po sobie, ale zgłosiłam się na konkurs piosenki. Nie umiem śpiewać, ale  w szkole aktorskiej na egzaminie mam zaśpiewać parę piosenek, więc postanowiłam już teraz spróbować swoich sił przed publicznością. Muszę przyznać, że to w pewnym sensie jedna z moich fobii. Nie mam problemu, by pośpiewać sobie wieczorem w łazience, kiedy inni mogą słyszeć (nie wiem czy na ich szczęście :) ), ale jeśli mam tak samo na scenie, no to już jest dla mnie wyzwanie. Zawsze bowiem żyłam w przekonaniu, że fałszuję... Wybrałam sobie jednak dwie piosenki, bardzo nacechowane emocjonalnie, które bardziej się w sumie mówi, aniżeli śpiewa. I TAK MI SIĘ SPODOBAŁY! Naprawdę! Nie wiem jaki będzie odbiór, ale tak naprawdę to zależy mi  na tym, by się przełamać. Raczej przeboleję, jeśli zdarzy mi się zafałszować gdzieniegdzie... ;)
Piosenka, piosenką, jednak ciągle jestem jeszcze na etapie zbierania tekstów. Mam ich sporo, lecz wciąż brakuje mi  pomysłów na wypełnienie luk w paru kategoriach. Jeśli ktoś zna jakieś błyskotliwe teksty, zabawne, smutne, obojętne… najlepiej emocjonalne, to może mi podesłać, byłabym naprawdę baaaardzo wdzięczna. :)

Oprócz tego, odchodząc od tematu, przedwczoraj był Tłusty Czwartek i nie mogłybyśmy tego ze współlokatorkami przeoczyć. Nasz ulubiony dzień! Było bardzo, bardzo wesoło! 

Poniżej eksponujemy pączki. I się cieszymy jak nie wiem.









wtorek, 14 lutego 2017

Casting

Dzisiaj wystąpiłam drugi raz w spektaklu pt. ,,Casting” wg sztuki Lutz Hübner'a. Jest on o trzech dziewczynach zaproszonych przez telewizję do prowadzenia programu p.t. CREEPS, które muszą jeszcze przejść finałowy casting.
Za pierwszym razem wystawiliśmy w sobotę . Zarówno wtedy jak i teraz, naprawdę mi się podobało. Sztuka moim zdaniem ma fajny zamysł. Nie podobał nam się jedynie język, jakim został napisany, bowiem scenariusz powstał chyba z 20 lat temu po niemiecku. No i trafiały się czasem perełki w stylu: ,,Pewnie na rave’a jeździsz do Zagłębia Węglowego”. Nasz mentor nie zgodził się na większe przeróbki, więc daliśmy z siebie wszystko, aby to jakoś zamaskować wizualizacją, jak najlepszą - na nasze umiejętności - grą aktorską oraz dodatkowymi efektami. Cieszę się, że dostałam właśnie tę postać jaką dostałam. Była moim przeciwieństwem i mogłam sprawdzić jak to jest zagrać osobę kompletnie inną od siebie. A moim największym wyzwaniem okazało się... palenie papierosów, których osobiście nie cierpię!
Jestem dumna z tego co stworzyliśmy przez te 2 lata. Niewiarygodne, że pracowaliśmy nad tym tyle czasu, a występ odbył się tylko dwa razy. Ale to nic. Naprawdę było warto. Przecież same próby były świetną zabawą i przyjemną odskocznią od życia codziennego. A występy w MDKu ogromnie mnie cieszą. Niby Człuchów to skromne miasteczko, ale moim zdaniem scena jest rewelacyjna. Nasz MDK ogólnie w moim odbiorze przypomina taki stary teatr. Uwielbiam tam być.
Każdy występ daje mi niesamowitą dawkę energii. To jest nie do opisania co czuję przed i po. Dzisiaj przed występem, obudziłam się taka szczęśliwa! Jeszcze do tego ta piękna pogoda! Pomyślałam sobie, że mam w perspektywie dnia występ i zaczynałam się czuć zupełnie tak, jakbym się zakochała.
Sprawia mi radość wszystko co jest z tym związane. Charakteryzacja, zbieranie rekwizytów, próba generalna. 
Najdziwniejsze mam wrażenia przed wyjściem na scenę. Kiedy mam czekać na swoją kolej, czas się dłuży niemiłosiernie. Mam straszny mętlik w głowie i wyjątkowo podskakuje mi adrenalina. Mam ochotę krzyczeć, tańczyć i cała się trzęsę. Kiedy jednak już tam wejdę, stres ze mnie powoli schodzi, zaczynam się oswajać ze sceną (NO CHYBA, ŻE NIE PAMIĘTAM TEKSTU – wtedy to już inna bajka :) ).
A kiedy nadejdzie koniec, trochę czuję się jakbym skoczyła na bungee. I znowu zaczynam się trząść. I dużo mówić.
Wraz z dawką tej pozytywnej energii, która do mnie przybywa, zaczynam zawsze czuć jeszcze dobitniej, że to na pewno jest to co bym chciała robić w przyszłości. Nie widzę dla siebie innej drogi. To jest moje największe marzenie życia, by pracować tak na stałe w teatrze.